Jestem Polakiem który za każdą wizytę u lekarza płaci, mimo tego, że co miesiąc mój pracodawca opłaca obowiązkową składkę na ubezpieczenie zdrowotne (aktualnie 9% podstawy wymiaru – krótko mówiąc nie mniej niż 190,52 zł). I co za to mam? Ano mam to, że kiedy muszę skorzystać z usługi lekarskiej to mam do wyboru:
- skorzystać z prywatnej przychodni (70-100 zł za wizytę) w której umawiam się telefonicznie zwykle na następny dzień, na konkretną godzinę, w której lekarz na mnie czeka i chętnie poświęci mi tyle czasu ile będę potrzebował;
- lub mogę spróbować pójść do przychodni rejonowej, do której teoretycznie jestem przypisany i w której teoretycznie wszystkie opłaty pokryje za mnie NFZ. Problem polega na tym, że aby skorzystać z usługi lekarskiej w tej przychodni muszę ok 6 nad ranem udać się do kolejki, odstać swoje półtorej godziny i zarejestrować się do lekarza. Następnie muszę odczekać następną godzinę w korytarzu przed gabinetem. Kiedy już uda mi się wejść do gabinetu, spotykam się z lekarzem-automatem do taśmowego „załatwiania” pacjentów. Co gorsza, zwykle z tego „załatwiania” i tak nic konkretnego nie wynika, więc trzeba iść znowu, i znowu, i znowu...
Dlaczego więc nie mogę wpłacać tych 9% podstawy wymiaru na konto prywatnej ubezpieczalni, która umożliwi mi dostęp do tych przychodni, które sam sobie wybiorę tylko jestem zmuszany finansować potwora, który działa na tak dziwacznych zasadach ekonomicznych, że nikt nawet nie potrafi ich nazwać? Bo Budżet nie miałby czym obracać? Bo zdrowy ekonomicznie rynek szybko doprowadziłby kiepskie szpitale, kiepskie przychodnie i kiepskich lekarzy do bankructwa? Bo to rynek ustaliłby pensje lekarza i pielęgniarki a nie "lobby profesorsko-ordynatorskie"? Może nadszedł już czas na to aby służbę zdrowia wyrwać z objęć Państwa i pozwolić jej na samodzielny byt?