Dawno, dawno temu, kiedy ledwie co dawałem radę czytać napisy nałożone na oryginalny film, w moim życiu, ot tak znienacka, pojawiły się gwiezdne wojny. Mój pierwszy kontakt z nimi polegał na wysłuchaniu dosyć chaotycznej opowieści któregoś z podwórkowych kolegów, który słyszał już o jakiś gwiezdnych wojnach od kolegi, który już je gdzieś widział... Moja wyobraźnia lekko negowała możliwość prowadzenia wojen kiedy taki żołnierz-kosmonauta musi często skakać z gwiazdy na gwiazdę... W końcu mógłby mu wypaść laser...
Jakiś czas później po raz pierwszy trafiłem do kina na „Gwiezdne Wojny”. Było to gdzieś około 1979. Wiązało się to z wielkim stresem bo film był od lat dwunastu a ja miałem dopiero osiem. Byłem na nim w kinie co najmniej siedem razy. Tak bardzo wyszedł poza moje wcześniejsze o nim wyobrażenia, że nawet dziś, po 26 latach, kiedy trafię gdzieś na niego - to nie mogę się oderwać.
Cztery lata później, głównym tematem naszych podwórkowych dyskusji było to, czy może być prawdą to, że Luke jest synem Vadera? W marcu 1983 roku odstałem kilka godzin w ogromnej kolejce ale udało mi się kupić w przedsprzedaży bilety na przedpremierowy seans „Imperium kontratakuje”. Pamiętam, że kiedy Luke Vaderowicz Skylwaker stracił dłoń, wszyscy w sali kinowej zamarli. Nigdy wcześniej ani nigdy później niczego takiego nie doświadczyłem.
{mosimage}Niestety kiedy na ekrany kin trafił „Powrót Jedi”, byłem już zbyt duży na misie a przy okazji nie byłem aż tak naiwny, żeby uwierzyć, że żołnierza z elitarnej jednostki, ubranego w specjalny pancerz, może strzałem z procy załatwić metrowej wysokości misiek z twarzą pekińczyka.
Epizody 1 i 2 obejrzałem już tylko z ciekawości. Kiedy po raz pierwszy oglądałem w kinie „Mroczne Widmo” to mniej więcej całą środkową część przespałem. Znajomi śmiali się ze mnie i mówili, że przespałem najlepsze. Faktycznie, mieli rację, część drugą ratuje pojedynek Jedi z Sithem. Nadrobiłem dzięki technologii DivX. Jar-Jar i reszta Gałganów spowodowała, że zacząłem się zastanawiać nad tym po co ja to oglądam... Na Epizodzie 2 bardzo się starałem nie usnąć – udało się. Przez gumisia Jodę oblałem się colą, dzięki czemu pamiętam ten seans.
Za półtora miesiąca premiera Epizodu 3 i przyznam się, że mimo wszystko ciągnie mnie do kina. Może to już nie będzie film dla dzieci?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz