środa, 28 września 2005

Felieton polityczny

Wszędzie dookoła polityka. Wiadomo, czas żniw - czyli wybory. Wielka manifestacja demokracji - wydawać by się mogło. Mądre głowy w telewizorze wygłaszają oklepane opinie o tym, że kto nie głosował ten sam wykluczył się z demokracji i nie może on teraz komentować politycznych wydarzeń. Co ciekawe, Ci sami ludzie przed wyborami wygłaszali troszkę inne poglądy. Konkretnie mam na myśli profesora Bartoszewskiego, który powiedział przed wyborami: "nie wybieraj łobuza na posła". Dokładnie tak zrobiłem i nie poszedłem głosować.

To była świadoma i przemyślana decyzja. Jestem przedstawicielem negatywnego elektoratu PiS, SLD, PSL, LPR, Samoobrony, SDPL, PJKM, PPP oraz PO. Z tego całego "panteonu" najmniej drażni mnie PO. Gotów byłbym co prawda oddać mój głos na PO ale... Nie byłem do tego do końca przekonany. Kiedy patrzyłem jak notowania PO lecą w dół za sprawą znikającego z pokoju dziecinnego pluszowego słonia nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że politycy PO to amatorzy, którzy nie potrafią przygotować i prowadzić kampanii wyborczej. Dostali kopa w jaja a zamiast wstać i odwinąć napastnikowi w szczękę i to tak, żeby przez następny miesiąc szukał po podłodze swojego uzębienia oni usiedli i z płaczem wołali: „panie sędzi, faul!”. Być może gdyby skoncentrowali by się na przekonaniu mnie, że będą mniejszym złem to dostaliby mój głos. Zupełnie się jednak zgubili i o elektoracie, który reprezentuję wcale nie pomyśleli. Proszę więc nie mieć do mnie żadnych pretensji!. Mam prawo nie głosować i z tego prawa skorzystałem. Wygląda na to, że PO zupełnie nie wzięło sobie do serca tego co zrobił im pluszowy miś. W wyborach prezydenckich rolę misia przejął pan Kazimierz Marcinkiewicz i co zrobiło PO? Ano nic. Panie i panowie! Gdzie Wasze jaja???

Potrafię sobie jednak wyobrazić co mogłoby sprawić abym w dniu wyborów udał się do lokalu wyborczego już o 5.30 rano i grzecznie ustawił się w kolejce wyborców... Wystarczy abym mógł głosować na człowieka a nie na partię i dodatkowo abym mógł wybrać spośród tych parlamentarzystów którzy kończą swoją kadencję takich, którzy mi zupełnie nie odpowiadają a którym chciałbym dać czerwoną kartkę. Mam na myśli swoisty system wystawiania ocen, który polegałby na tym, że kiedy 500 tys. wyborców wystawi konkretnej osobie ocenę niedostateczną to wtedy taki ktoś zostanie pozbawiony możliwości pełnienia państwowych funkcji przez dekadę. Jeżeli 5 mln - dożywotnio, ponad 10 mln – taki ktoś powinien zostać pozbawiony polskiego obywatelstwa, całego majątku i odstawiony do granicy naszego kraju. Ręczę, że przy takim systemie byli premierzy, umoczeni po uszy w aferach łapówkarskich nie będą z szelmowskim uśmiechem komentować sondaży przedwyborczych. Po za tym, powinna istnieć możliwość odwołania posła. Jeżeli pan Jan Kowalski z okręgu wyborczego nr 111 uzyskał 12000 głosów to w przypadku, w którym 12001 osób z tego okręgu podpisze wniosek o jego odwołanie – powinien zostać odwołany. Być może różnica pomiędzy łobuzem a człowiekiem porządnym wynika właśnie z tego, że ten drugi jest świadomy odpowiedzialności za swoje czyny i swoje decyzje. Potrafi się także rozliczyć z powierzonej mu władzy a nie tylko deklarować, że "weźmiemy za to odpowiedzialność"...

To jeszcze jednak nie koniec wyborów. Przed nami wybory prezydenta. Tym razem odwiedzę komisję wyborczą i oddam swój głos. Z góry wykluczam desperatów, którzy mają prezydenckie ambicje i zupełny brak poparcia. Oddam swój głos przeciwko panu Lechowi Kaczyńskiemu nawet kosztem tego, że to oznacza głosowanie na pana Donalda Tuska. Trudno, wybieram mniejsze zło...

niedziela, 10 kwietnia 2005

Poland, Poland beyond all!

Polacy pożegnali Papieża Polaka Jana Pawła II. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie to, że przy okazji bardzo duża ilość ludzi wpadła w jakiś amok. Narodowa psychoza wywołana przez medialną szopkę. Za sprawą polskich mediów, które na okrągło nadawały kościelno-narodową papkę informacyjną w takim natężeniu, że nawet piszący te słowa popadł w chwilowe uwielbienie narodowe...

Zaczęło się od transmisji ze śmierci Papieża. Media zrobiły z tego widowisko, telewizyjny show. Co godzinne konferencje prasowe i specjalne wydania wiadomości, które sprowadzały się do pytania rzecznika prasowego Watykanu: „Czy umarł już?”. „Nie, jeszcze dycha” - odpowiadał rzecznik. I zaczął się obłęd. Odwoływano kolejne imprezy, przerywano trwające mecze piłkarskie, wypraszano gości z imprez weselnych. Wszystko dlatego, że media informowały o pogarszającym się stanie zdrowia. Następnego dnia, wieczorem Ojciec Święty umarł. Ogłoszono narodową żałobę. Wyrósł las narodowych flag, do których przywiązywano czarny kir. Kościoły pękały w szwach. Wielkie pochody ludzi trzymających w rękach zapalone znicze przemieszczały się ulicami polskich miast.

{mosimage}Społeczeństwo, w którym nie można rozwiązać problemu psich odchodów na chodnikach spontanicznie organizowało sobie plenerowe spotkania żałobne w których uczestniczyły setki tysięcy osób. Na miejscu tych spontanicznych spotkań w cudowny sposób pojawiła się pełna infrastruktura techniczna, dzięki której można było odprawiać medialne msze święte oraz oglądać na telebimach transmisje z pogrzebu w Watykanie. Wszystko to każdy Polak mógł oglądać w swoim telewizorze na dowolnym kanale.

Na fali ogólnonarodowej żałoby pod presją fanatycznego tłumu pojednali się kibice Cracovii z kibicami Wisły Kraków, prezydent Wałęsa podał rękę prezydentowi Kwaśniewskiemu a Tomasz Lis miał łzy w oczach – prawdziwy majsterszyk speców od make-upu telewizyjnego.

Dokładnie 11 lat temu w dalekiej Rwandzie w największej masowej masakrze XX wieku, na tle etnicznym pomiędzy plemionami Tutsi i Hutu zginęło około miliona ludzi. Gdzie wtedy były te wszystkie medialno-narodowe autorytety etyczne? Siedzieli cichutko w swoich norach mając głęboko w nosie te wydarzenia. Żadna ze stacji telewizyjnych nie raczyła nawet wspomnieć, że 7 kwietnia mija 11 rocznica tych wydarzeń. Narodowa medialna hipokryzja.

Na koniec pojawiła się też agresja. Kilku nadgorliwych żałobników, w prawdziwie „miłościwym” duchu, zaczęli mieć pretensje wobec tych, którzy mieli śmiałość zupełnie inaczej przeżyć te dni. Pozdrawiam wszystkich, którzy nie ulegli masowej psychozie.

środa, 30 marca 2005

Ach te nicki...

Kilku młodych (stażem) użytkowników wylało na mnie swoje pretensje o to, że używam podobno pięćdziesięciu nicków. Wedle nich, robię to po to aby siać zamęt i grozę pośród baranków i owieczek bożych fandomu seriali sci-fi. (Swoją drogą ciekawe czy któryś z nich używa od ponad 8 lat tego samego numeru telefonu komórkowego?). Jak zwykle najgłośniej pretensje wyrazili kapłani tych stadek. Mimo tego postanowiłem opisać cała tą nickową historię.

Dawno, dawno temu, kiedy numer 0202122 był dopiero uruchamiany, nie używałem na stałe żadnego nicka. Zwykle podpisywałem się imieniem – czyli po prostu Ziemek (zdrobnienie od Ziemowit). Jakoś wtedy zobaczyłem polski serial „Ballada o Januszku”. Tytułowy Januszek Smoliwąs był takim wiejskim ćwokiem, który sam „wie lepiej”, ma w dupie zasady i konwencje a od wszystkich dookoła wymaga, aby wszystko za niego robili. Nie znoszę takich osób. Dlatego, trochę przekornie zacząłem używać nicka januszek – zawsze od małej litery. Jakiś czas potem jakiś ćwok zrobił na ircu awanturę, że zająłem mu nicka a jego koronnym argumentem było to, że nawet nie mam Janusz na imię. Dla świętego spokoju (bo człowiek był odporny na wszystko) dokonałem wspakowania i tak powstał nick kezsunaj. Do dziś używam obu tych nicków, januszka z reguły w usenecie a kezsunaja na ircu. Jednak życie pokazało, że ludzie lubią sobie skracać także i nicki. Tak urodził się nick kezu. Przez cały ten czas w dalszym ciągu podpisywałem się też zdrobnieniem od imienia. Spróbujcie bardzo szybko wystukać na klawiaturze: ziemek. Bardzo często wyjdzie z tego izmek. Tak powstał mój następny nick, tego z reguły używałem jako identa.

W międzyczasie stałem się fanem serialu Star Trek a potem zostałem członkiem POGF. Fani treka dosyć często zaczynają identyfikować się z jakąś rasą istniejącą w trekowym uniwersum. W moim przypadku padło na Proroków (niektórzy mówią, że na Widma – jednak tak naprawdę to jest ta sama rasa). Przez długi okres ówczesne dowództwo POGF uważało, że jest to wyłącznie moja fanaberia i co za tym idzie nie warto dodać rekordu Prorocy do klubowej bazy danych z danymi załogi. Po wielu bojach w końcu wywalczyłem uznanie prawa Proroków do obecności w bazie danych. Musiałem jednak pójść na kompromis. Kapitan MacMillen zwrócił mi uwagę, że wedle federacyjnej nomenklatury istoty zamieszkujące bajorański korytarz podprzestrzenny nazywane są obcymi z korytarza. Tylko Bajoranie uważają ich za swoich Proroków. Stanęło więc na tym, że rasa ta pojawi się w bazie jako Istoty Zamieszkujące Bajorański Korytarz pod przestrzenny czyli IZBKP – tak, to jest następny z moich nicków. Przy okazji – słownik T9 w mojej nokii, przy próbie napisania ziemek wywala na ekran widmek – tego nicka jeszcze co prawda nie używałem ale informuję, że podoba mi się i idealnie pasuje więc pojawi się zapewne niebawem.

Muszę tu jeszcze opisać historię nicka massasi. Otóż, zawsze kiedy nadchodził czas premiery jakiegoś epizodu Gwiezdnych Wojen, to zawsze udzielała mi się atmosfera Star Warsów. Zacząłem więc dyskutować z innymi fanami sagi. Niestety, na ircu, na kanałach starwarsowych byłem rozpoznawany jako fan treka i szybko banowany. Zmiana nicka na massasi bardzo tu pomogła.
Mógłbym jeszcze opisać historię dwóch innych nicków – jednak nie używam ich w Internecie a po za tym każdy powinien mieć jakieś tajemnice i asa w rękawie.

Na koniec krótkie zestawienie. Na imię mam Ziemek a takich używam nicków: januszek, kezsunaj, izmek, izbkp, widmek i massasi.

środa, 23 marca 2005

Moje Gwiezdne Wojny

Dawno, dawno temu, kiedy ledwie co dawałem radę czytać napisy nałożone na oryginalny film, w moim życiu, ot tak znienacka, pojawiły się gwiezdne wojny. Mój pierwszy kontakt z nimi polegał na wysłuchaniu dosyć chaotycznej opowieści któregoś z podwórkowych kolegów, który słyszał już o jakiś gwiezdnych wojnach od kolegi, który już je gdzieś widział... Moja wyobraźnia lekko negowała możliwość prowadzenia wojen kiedy taki żołnierz-kosmonauta musi często skakać z gwiazdy na gwiazdę... W końcu mógłby mu wypaść laser...

Jakiś czas później po raz pierwszy trafiłem do kina na „Gwiezdne Wojny”. Było to gdzieś około 1979. Wiązało się to z wielkim stresem bo film był od lat dwunastu a ja miałem dopiero osiem. Byłem na nim w kinie co najmniej siedem razy. Tak bardzo wyszedł poza moje wcześniejsze o nim wyobrażenia, że nawet dziś, po 26 latach, kiedy trafię gdzieś na niego - to nie mogę się oderwać.

Cztery lata później, głównym tematem naszych podwórkowych dyskusji było to, czy może być prawdą to, że Luke jest synem Vadera? W marcu 1983 roku odstałem kilka godzin w ogromnej kolejce ale udało mi się kupić w przedsprzedaży bilety na przedpremierowy seans „Imperium kontratakuje”. Pamiętam, że kiedy Luke Vaderowicz Skylwaker stracił dłoń, wszyscy w sali kinowej zamarli. Nigdy wcześniej ani nigdy później niczego takiego nie doświadczyłem.

{mosimage}Niestety kiedy na ekrany kin trafił „Powrót Jedi”, byłem już zbyt duży na misie a przy okazji nie byłem aż tak naiwny, żeby uwierzyć, że żołnierza z elitarnej jednostki, ubranego w specjalny pancerz, może strzałem z procy załatwić metrowej wysokości misiek z twarzą pekińczyka.

Epizody 1 i 2 obejrzałem już tylko z ciekawości. Kiedy po raz pierwszy oglądałem w kinie „Mroczne Widmo” to mniej więcej całą środkową część przespałem. Znajomi śmiali się ze mnie i mówili, że przespałem najlepsze. Faktycznie, mieli rację, część drugą ratuje pojedynek Jedi z Sithem. Nadrobiłem dzięki technologii DivX. Jar-Jar i reszta Gałganów spowodowała, że zacząłem się zastanawiać nad tym po co ja to oglądam... Na Epizodzie 2 bardzo się starałem nie usnąć – udało się. Przez gumisia Jodę oblałem się colą, dzięki czemu pamiętam ten seans.

Za półtora miesiąca premiera Epizodu 3 i przyznam się, że mimo wszystko ciągnie mnie do kina. Może to już nie będzie film dla dzieci?

niedziela, 20 marca 2005

Słownik Proroczy

Pierwsza, jeszcze robocza wersja słownika polsko-proroczego, przybliży kilka podstawowych pojęć jakie zapewne często pojawiać się będą na tych łamach. Wszystkie urodziły się w czasie gorących dyskusji w polskiej części Usenetu.

REGUŁA SIEDMIU PTAKÓW - Na grupie rowerowej objawił się onegdaj pewien maniak nocnej jazdy bez świateł a nawet odblasków. Wszelkie próby tłumaczenia zbywał tym, że skoro On wszystko widzi to jest bezpieczny. Reguła Siedmiu Ptaków, opisuje właśnie takich typków: sokoli wzrok w dzień, sowi w nocy, sprawność motoryczna jaskółki, siła i kondycja jastrzębia, pawie pióra, orla cień a do tego kurzy móżdżek.

ĆWOK - Za słownikiem PWN: "posp. pogardliwie o człowieku mało inteligentnym, nieobytym" a jak mówi Kutz Kazimierz: "Na Śląsku ćwok oznacza człowieka, który z pewnych powodów czegoś do końca nie może zrozumieć". I tak też należy to określenie rozumieć.

ORANGUTAN - Od "syndromu orangutana za kierownicą". O co chodzi? Otóż badania naukowe nad małpami dowiodły, że szympansy i orangutany są w stanie uruchomić samochód. Są też w stanie się takim samochodem poruszać. Jednak w sposób całkowicie niekontrolowany i chaotyczny. Nie są też w stanie zrozumieć przepisów ruchu drogowego. Podobna przypadłość zdarza się także ludziom używającym komputerów, są w stanie go włączyć, czasem uda im się nawet napisać jakiegoś posta i wysłać go do grup usenetowych, jednak dzieje się to bez zrozumienia. Wygląda to tak, jakby sam fakt używania narzędzia jakim jest komputer powodował wyłączenie myślenia. Taki człowiek nie jest w stanie ogarnąć netykiety, zrozumieć FAQ, z reguły jak czegoś nie rozumie to reaguje agresją - często jest to przypadłość dozgonna.

sobota, 19 marca 2005

Dlaczego StarGate Atlantis nazywam Entlantisem?

Trudna to sprawa wyjaśnić coś co dla mnie jest czymś oczywistym i naturalnym. Zacznijmy od tego, że Star Trek Enterprise okazał się niewypałem. Serial niby dziejący się w uniwersum Star Trek ale pozbawiony ducha Star Trek. Tak urodziło się w dyskusjach fanów pojęcie "entkować"czyli obniżać poziom wynikający z seriali poprzednich, także jest to przerost efektów nad fabułą i logika, podkręcanie oglądalności poprzez zatrudnianie aktorek z dużym biustem, etc.

Taki też jest Atlantis. Dla mnie, wielkiego miłośnika Star Gate SG-1 następny serial wydaje się być dziecinny. Jakość fabuły wydaje się przegrywać z efektami specjalnymi, pojawia się skąpo ubrana bohaterka a postacie wydają się płytkie. Wypisz wymaluj przypomina to wrażenia z Enterprise.

Jest też drugi aspekt sprawy, tym razem na plus. Otóż Atlantis ma więcej ze Star Trek niż Enterprise. W praktycznie każdym odcinku pojawia się jakiś element typowy właśnie dla uniwersum Star Trek. Są to m.in. Stacja Kosmiczna (Miasto Pradawnych), turbowindy (transporter wewnętrzne), transportery (póki co używają ich Wraith ale zapewne zobaczymy i wersję Pradawnych), promy (skoczki), pola siłowe, trikordery (czyli bliżej nieokreślone ręczne urządzenie Pradawnych), torpedy (drony rakietowe Pradawnych). Myślę, że wraz z rozwojem serialu pojawi się także jakaś broń ręczna (czyli odpowiednik fazerów) oraz statki kosmiczne. Następnym akcentem trekowym są redshirty. W drugiej części The Siege, przybyli z Ziemi komandosi nosili czerwone berety... ;)

Tak więc proszę przyjąć do wiadomości, że pierwszy sezon Atlantis porównany do pierwszego sezonu SG-1 wygląda tak jak Enterprise przy TNG. Na koniec chciałbym poinformować szanowne buractwo, że to jak się ubieram, w jakich chodzę skarpetkach oraz to jakim określeniem nazywam serial sci-fi to jest moja sprawa i nikomu nic do tego. Ars non habet osorem nisi ignorantem...

piątek, 18 marca 2005

Community po polsku

Mamy małe community, które tworzy forum www, pracowicie wpisuje w nie newsy ze świata, (oczywiście tematycznie pokrewne z zainteresowaniem tegoż community). Oglądalność jednak nie rośnie. Dyskusje obracają się wokół poglądów kilku osób i na tym koniec. Nie pomogły banery na zaprzyjaźnionym portalu ani akcja promocyjna na listach i forach „obok”. Być może nie trafiliśmy z tematem i Internauci najwyraźniej nie widzą nić ciekawego w materiałach, które im oferujemy. Trzeba pamiętać także i o tym, że kiedy po raz n-ty z rzędu odgrzewamy stare tematy i zakładamy n-te z kolei forum o tym samym to i nie powinniśmy się dziwić, że nic z tego nie wychodzi.

Od sześciu lat jestem członkiem Polskiego Oddziału Gwiezdnej Floty. Wydaje mi się, że przez ten czas zdobyłem jakieś doświadczenie na temat tego jak działają Sieciowe community. Pamiętam złote czasy polskiego treka, pamiętam także załamanie struktur Klubu. Dziś kiedy POGF przeżywa kłopoty, głównie z powodu braku formuły dla dalszego działania nie zamierzam się od Klubu odcinać. Ciekawy jestem posunięć nowego Kapitana i zapewne poczekam cierpliwie na wprowadzenie w życie, głoszonych przez Niego pomysłów. Z drugiej jednak strony mam świadomość, że pewnych rzeczy zmienić nie sposób. Dlatego nie oczekuję zbyt wiele.

Dlaczego o tym piszę? Otóż dlatego, że przeglądając zasoby polskiej części Internetu natknąłem się na dwie nowe inicjatywy. Nowe community w światku fanów sci-fi. Jedna może być wzorem tego jak powinno się za takie sprawy zabierać a druga, wręcz odwrotnie ilustruje jak nie powinno się postępować.

Pierwsza z nich to portal SajFaj Od razu widać, że ktoś miał miał dobry pomysł. Znalazłem tam kilka zupełnie nowych elementów, które jak do tej pory, w znanych mi miejscach nie występowały. Po pierwsze, nie skupiają się na warezach (czyli np. FTP-ach z odcinkami albo stronach z napisami), po drugie bardzo podoba mi się pomysł tłumaczeń blogów oraz zagranicznych newsów. Blogi są obecnie na topie a wartość aktualnych tłumaczeń zagranicznych newsów jest niezaprzeczalna. Myślę, że dzięki takiemu podejściu do treści SajFaj ma sukces zagwarantowany. Nie trzeba być Prorokiem aby zdać sobie sprawę z tego, że tak właśnie będą wyglądać przyszłe portale. Preferuję tradycyjne portale, których funkcje informacyjne są oddzielone od forów dyskusyjnych. Wydaje mi się, że design graficzny jest zbyt mroczny a wybór phpBB jako silnika newsowego niezbyt ergonomiczny więc ogólna ocena to 5 z minusem.

Drugą nowością w naszym zakątku Sieci to regionalny oddział STARFLEET International Postanowiłem przyjrzeć się bliska co takiego wykluło się z połączenia „zapału” polskich trekerów z zasobami międzynarodowego klubu fanów. Tak trafiłem na strony USS Aquila czyli polskiego promu w ramach struktur SFI. Moje pierwsze wrażenie (kiedy przeglądarka zakończyła otwieranie strony) to myśl „O kurwa! Następne phpBB”. Niestety pierwsze co wpada w oko to to, że znowu jesteśmy na jakimś forum. Mnie się to już przejadło. Takich forum jest już na pęczki, ileż można... W większości przypadków tego typu fora powstają nie po to aby umożliwić dyskusję na wspólne dla użytkowników tematy tylko po to aby jakiś koleś mógł sobie pomoderować – bo tylko jako moderator ma siłę przebicia dla swoich argumencików. Nie wiem czy tak też jest w tym przypadku – jednak takie sprawia toto pierwsze wrażenie. Moim następnym krokiem było przeglądnięcie listy użytkowników. Zauważyłem kilka znanych mi nicków. Drogą dedukcji doszedłem do tego, że „liderem” polskiego oddziału SFI jest Kuba (wywnioskowałem to po tym, że jest autorem 80% postów). Wtedy pojawiła się następna myśl: „O jezu! Nad wyraz często zapieniający się młodzieniec liderem community?”.
Przeglądając tematy dyskusji na forum USS Aquila trafiłem na temat zatytułowany „Kapitalizm, burżujstwo, idea, kasa”, w którym to panowie „liderzy” obrzucają żółcią swoje własne community. Żalą się, że tylko 6 osób z Polski (faktycznie, to chyba niezbyt dużo jak na czterdziestomilionowy kraj) zgodziło się opłacać składki w SFI, następnie złorzeczą osobom, które ośmielają się mieć własne spojrzenie na pewne sprawy i co za tym idzie inne zdanie. Jak dla mnie taki wątek to nie jest próba integrowania środowiska wobec nowej inicjatywy tylko odwrotnie – pogłębianie podziałów. Ciekawa rzecz – nawet dla mnie to forum jest zbyt radykalne. Mimo tego, że samemu posługuję się językiem prostym i swobodnym, to sformułowania włodarzy tego forum zwyczajnie mnie odrzucają. „Lider” ma wszystkich w „wolkańskiej pupie”, jego samozwańczy ordynans natychmiast dokłada do tego, że „ludzie leja na klub sikiem parabolicznym” (to o POGF) a na koniec następny dyskutant kwituje to tym, że to przez „ruskie pranie mózgu przez 50 lat”. Niezbyt głębokie myśli zaprawione niczym. Zauważyłem, że do współpracy zostali zwerbowani prawie wyłącznie ludzie, którzy w ten czy inny sposób nie do końca sprawdzili się wcześniej u „konkurencji”. Ciekawe czym zajmuje się były admin byłego forum POGF, który udowodnił mi kiedyś, że po za umiejętnością tzw „wciskania się w łaski” nic innego sobą nie prezentuje? Być może ma to jakiś związek z tym, że Kuba jak sam o sobie pisze: „ma wszystkich głęboko w swojej ślicznej wolkanskiej pupie...”. Nie mój to jednak problem więc nie będę się w niego zagłębiał jednak w tym przypadku, prorokuje totalną klapę przedsięwzięcia. Ocena: słabe 3 na szynach.

czwartek, 17 marca 2005

Czekamy na finał Enterprise

Czekającym na finał Enterprise fanom (oraz niektórym innym osobnikom, którzy za fanów tego serialu się nie uważają a mimo to czekają) różne dziwne rzeczy zaczęły przychodzić do głowy. Efekty tego oczekiwania możecie przeczytać w dalszej części tego artykułu.


Egzamin na fana Star Trek Enterprise:
- Jakiego koloru jest biały szlafroczek T'Pol?
Przyszły Entekfan nie wie.
- No niech pan pomyśli, jakiego koloru jest biały szlafrok – podpowiada mu egzaminator.
Po kilku minutach kandydat na Entekfana uśmiecha się i mówi:
- Biały!!!
- Bardzo dobrze, widać, że się Pan dużo uczył, a teraz drugie pytanie: Ile piersi na T'Pol?
Kandydat na Entekfana myśli, myśli, myśli i w końcu woła uradowany:
- Biały!!!

Kapitan Archer wyprowadza Portosa na spacer.
Z naprzeciwka idzie dwóch Ferengi. Jeden z nich mówi:
- Co za świnie prowadzisz na smyczy?
- To nie świnia, to pies - poprawia Archer.
- Nie do ciebie mowie...

Podczas szkolenia załogi Kapitan Archer pyta jednego z załogantów:
- Jeśli ma pan po lewej generator warp, po prawej stabilizator antymaterii, a z przodu - konsole, to co ma pan z tyłu?
- Powiedziałbym - odpowiada załogant- ale się wstydzę...

Porucznik Malcolm Reed razem z chorążym Travisem Mayweatherem przechodzili obok kwatery kapitana. Przez otwarte drzwi zobaczyli Portosa liżącego się po jajach.
- Ech... Też bym tak chciał... - westchnął Reed.
Na co Mayweather odpowiada:
- Lepiej nie próbuj, bo cię ugryzie!

T'Pol urodziła dzidziusia. Po kilku miesiącach, okazało się, że to genialne dziecko bo potrafiło już samodzielnie chodzić i prosić o cycuszka:
- Mamusiu! Daj cycusia - prosi mały geniusz.
- Masz, tylko nie odchodź zbyt daleko.

Administrator V'Las dzwoni do Kapitan Archera i mówi:
- Proszę przyjąć nasze kondolencje w związku z wybuchem w Ambasadzie.
- Ale w Ambasadzie jeszcze nic nie wybuchło!?
- W takim razie przepraszam, zadzwonię później.

Etykiety

ludzie (48) awantura (43) polityka (31) Oko Proroka (23) technikalia (11) spam (9) praca (7) prawo (7) Allegro (6) telefonia (6) aukcje (5) forum (5) Wrocław (4) Nauka (3) Racjonalizm (3) kino (3) Enterprise (2) NAPISY (2) Poczta (2) Star Trek (2) Star Wars (2) bank (2) kaczka (2) klub (2) komputer (2) sklep (2) Atlantis (1) Avatar (1) Cameron (1) FSM (1) POGF (1) SG1 (1) SGA (1) acer (1) crapware (1) film (1) inpost (1) jedzenie (1) laptop (1) netbook (1) piłka (1) software (1) sport (1) tybet (1) windows (1) www (1)