wtorek, 18 lipca 2006

Horror we Wrocławiu

Tragedia ta rozegrała się w Śródmieściu Wrocławia. Dwudziestosześciolatek zaszlachtował nożem swoich rodziców. Mordował ich przez dobrych kilkadziesiąt minut. Krzyki mordowanych ludzi słyszeli sąsiedzi. Przez półtorej godziny wzywali Policję. Kiedy w końcu stróże prawa i porządku przybyli na miejsce - nie interweniowali. Wezwali kompanię antyterrorystyczną. Uzbrojeni po zęby policyjni komandosi wyciągnęli chłopaka zza tapczanu. Nie stawiał im oporu...

Jestem zszokowany tym wydarzeniem. Najbardziej postawą Policji. "Najwięcej morderstw popełnia się w Polsce w kręgu rodzinnym. Często pod wpływem alkoholu, na przykład podczas świąt, noże wyciągają mąż i żona lub konkubent i konkubina. Tak wygląda zdecydowana większość polskich zabójstw" - mówi policyjny psycholog a jego słowa znalazłem w Internecie. Statystyka jest więc bezlitosna: W Polsce najwięcej morduje się pośród najbliższych - używając do tego noża. Dlaczego więc Policja zupełnie nie potrafi działać w takich okolicznościach? Dlaczego zgłoszenie o tym, że za ścianą syn szlachtuje rodziców czeka półtorej godziny na interwencję? Dlaczego patrol, który pierwszy przybył na miejsce nie interweniował tylko wzywał uzbrojone po zęby posiłki? Czy do pojmania domowego nożownika naprawdę konieczna jest interwencja specgrupy?

Być może zbyt dużo oglądałem amerykańskich dramatów policyjnych. Być może. Jednak w głowie mi się nie mieści, że dwóch wyszkolonych do pracy w Policji facetów, mających do swojej dyspozycji pistolety nie jest w stanie przeszkodzić innemu facetowi używać noża? Być może źle myślę – ale wydaje mi się, że człowiek postrzelony w biodro i bark nie za bardzo będzie w stanie takim nożem machać...

wtorek, 28 marca 2006

"Eden" Lema

Wczoraj zmarł Stanisław Lem. Każdy wie kim był Mistrz, prawie każdy zna jego Dzieła. Nie będę więc o tym pisał. Napiszę o tym, jak to się stało, że pierwszą przeczytaną przeze mnie powieścią fantastyczno-naukową był
"Eden".

Byłem w drugiej klasie szkoły podstawowej, pierwszy rok w nowej szkole. Nie miałem tu jeszcze kolegów. W pierwszej klasie byłem bardzo dobrym uczniem, być może dlatego, że w tamtej szkole znałem wszystkich, bo razem chodziliśmy do przedszkola, razem bawiliśmy się na podwórku; tutaj byłem jednym z przeciętnych słabeuszy. Wszystko przez to, że moi rodzicie dostali mieszkanie na nowo-wybudowanym wrocławskim blokowisku.

Byłem w drugiej klasie szkoły podstawowej, pierwszy rok w nowej szkole. Umiałem czytać, czytałem lepiej niż wszystkie inne dzieci z mojej klasy, jednak nie obnosiłem się z tym. Coś ciągnęło mnie w kosmos, marzyłem o tym, żeby zostać kosmonautą, jakoś wtedy po raz pierwszy zobaczyłem Gwiezdne Wojny. Tato powiedział mi kiedyś, że jest taki pisarz, nazywa się Stanisław Lem i pisze książki fantastyczno-naukowe. Poszedłem więc do szkolnej biblioteki i poprosiłem o jakąś książkę Lema. Pani bibliotekarka najpierw zbaraniała a potem zaczęła na mnie krzyczeć. Nie bardzo pamiętam o co jej chodziło, najprawdopodobniej miała problem z tym, że ośmiolatek chce czytać Lema. Efekt był taki, że z płaczem pobiegłem do domu. Poskarżyłem się tacie. Na drugi dzień razem z ojcem poszliśmy do szkoły. Nie wiem co tato powiedział mojej wychowawczyni i jednocześnie nauczycielce języka polskiego ale ta wzięła mnie do biblioteki i wymusiła na bibliotekarce, żebym dostał książkę Lema - to był właśnie "Eden".

środa, 22 marca 2006

Obrót, ksero i fax - czyli jak nie szukać pracy

W zeszłym tygodniu siedziałem sobie w biurze. Miałem akurat wolną chwilę - co nie zdarza się zbyt często. Myślałem sobie właśnie, że firmie przydałby się (dobry) handlowiec lub ktoś z kogo można zrobić (dobrego) handlowca bo ostatnio na (dobrych) handlowców jest posucha. Dokładnie wtedy wszedł młody człowiek z jakimiś papierzyskami w ręku i zapytał siedzącej przy pierwszym od wejścia biurko koleżanki, czy aby nie potrzebujemy pracownika...

Zareagowałem natychmiast:
- Być może potrzebujemy - odpowiedziałem nie do końca zgodnie z prawdą bo chciałem stworzyć wrażenie, że to nie nam tak bardzo na pracowniku zależy - Jeden z naszych handlowców zapowiedział, że chce zmienić pracę i co za tym idzie myślimy o kimś na jego miejsce.
Młodemu człowiekowi zabłyszczały oczy, ruszył powoli w stronę mojego biurka.
- Skoro chce pan być handlowcem to niech mi pan coś sprzeda - powiedziałem. Odniosłem wrażenie, że lekko zbladł:
- Ale co? - zapytał.
- Niech mi pan sprzeda siebie.
- Aaa - odpowiedział - Studiuję zaocznie, wcześniej skończyłem... - tu zaczął wymieniać swoje osiągnięcia szkolne. Pomyślałem sobie wtedy: „Człowieku, co mnie obchodzi jakie szkoły kończyłeś, z tego nie wynika czy nadajesz się czy nie, dlaczego nie powiesz jak masz na imię i czym się interesujesz?”.
W końcu musiałem mu przerwać i zapytałem:
- Ma pan jakieś doświadczenie w handlu?.
- Tak - odpowiedział - Sprzedawałem kosmetyki.
- Co to dokładnie znaczy? - zapytałem.
- No kosmetyki... - lekko się zapowietrzył.
- Rozumiem, że kosmetyki - odpowiedziałem i chcąc go lekko zachęcić do otwartości (pomyślałem sobie, że spełniony sprzedawca kosmetyków byłby idealnym kandydatem jakiego szukamy) sprecyzowałem pytanie - Chciałbym się jednak dowiedzieć jak i komu je pan sprzedawał a także dlaczego przestał się pan tym zajmować?.
Odpowiedział wymijająco ale w końcu udało mi się z niego wyciągnąć, że zajmował się bezpośrednią sprzedażą kosmetyków, szło mu tak dobrze że został szefem akwizytorów i w końcu go zwolnili bo za dużo musieliby mu płacić. Przyznam, że tym ostatnim lekko mnie zaintrygował, więc drążyłem temat:
- Jakie obroty pan robił?.
- No nie wiem ile firma miała z tego, ale na swoje wychodziłem - odpowiedział.
- Nie pytałem ile pan zarabiał tylko jaki wypracowywał pan obrót - znowu sprecyzowałem problem. Szybko odpowiedział:
- No nie wiem bo to firma wszystko liczyła a ja dostawałem tylko swoją część z tych pieniędzy.
Pomyślałem wtedy: „O rany, facet nie ma pojęcia co to jest obrót”. Byłem coraz bardziej pewny, że nie bardzo się nadaje. Wtedy wtrącił się przysłuchujący się rozmowie kolega:
- Radzi pan sobie z komputerem? - zapytał (Jego pytanie wynika z tego, że już nie raz mieliśmy okazję się przekonać, że łatwiej z komputerowca zrobić handlowca niż handlowca nauczyć obsługi komputera).
- Tak, bardzo dobrze, umiem obsługiwać worda, excela i maila - odpowiedział kandydat na handlowca.
- W takim wezmę od pana papiery... Albo nie, proszę mi je przesłać mailem - postanowiłem zakończyć już tą rozmowę - Tu jest moja wizytówka, jest na niej mój adres mail - mówiąc to podałem mu prostokątny kartonik - Jeżeli okaże się, że mamy wakat to napiszę do pana.
Schował wizytówkę, pożegnał się i wyszedł.

Półtorej godziny później dostałem maila: imiędamskiecośtam@jakiśtamportal.pl taki okazał się być adres mailowy chłopaka szukającego pracy. Otworzyłem zawartość, komputer natychmiast zaczął szukać czegoś w napędzie A:. Okazało się, że w treści znajduje się jeden duży obrazek i jeden odnośnik do innego obrazka zlokalizowanego na dyskietce. „Ot, geniusz komputerowy” przemknęło mi przez głowę. Na ekranie otworzył się dołączony jako załącznik do maila obrazek - okazało się, że to zeskanowane do formatu graficznego szablonowe CV... „O! Umie nawet obsługiwać ksero i fax” pomyślałem czytając pobieżnie przysłany dokument. „Ciekawe czy daje sobie też radę z komórką i kalkulatorem”...

Jak ja zachowałbym się na jego miejscu? Otóż na prośbę o sprzedaż samego siebie odpowiedziałbym tak:
„Mam na imię Ziemek, lubię czytać książki, ostatnia jaką czytałem to: 'Norwegian Wood' Haruki Murakamiego, książka osadzona w realiach Japonii lat 60-tych. Po tej lekturze wyraźnie widzę, że Japończycy już w latach 60-tych mieli problemy, do których myśmy jeszcze nie doszli, przez co widać wyraźnie jak bardzo jesteśmy w niektórych sprawach zapóźnieni. Ostatni film na jakim byłem w kinie to: 'Prawdziwa historia Czerwonego Kapturka' - rysunkowa niby-bajka, o pragnącej rozpocząć życie seksualne, młodej dziewczynie, której babcia prowadzi podwójne życie a wilk okazuje się być dziennikarzem śledczym - bardzo polecam - taki film to wspaniała rozrywka pomagająca pozbyć się stresu i nabrać ochoty do pracy. To tyle. Na kogo wypisać fakturę? Płatność gotówką czy przelewem? Gotówka premiowana jest dodatkowym rabatem. Jeżeli podpiszemy umowę o stałej współpracy rabat będzie jeszcze większy i otrzymacie dostęp do Internetowego systemu składania zamówień...”.

środa, 28 września 2005

Felieton polityczny

Wszędzie dookoła polityka. Wiadomo, czas żniw - czyli wybory. Wielka manifestacja demokracji - wydawać by się mogło. Mądre głowy w telewizorze wygłaszają oklepane opinie o tym, że kto nie głosował ten sam wykluczył się z demokracji i nie może on teraz komentować politycznych wydarzeń. Co ciekawe, Ci sami ludzie przed wyborami wygłaszali troszkę inne poglądy. Konkretnie mam na myśli profesora Bartoszewskiego, który powiedział przed wyborami: "nie wybieraj łobuza na posła". Dokładnie tak zrobiłem i nie poszedłem głosować.

To była świadoma i przemyślana decyzja. Jestem przedstawicielem negatywnego elektoratu PiS, SLD, PSL, LPR, Samoobrony, SDPL, PJKM, PPP oraz PO. Z tego całego "panteonu" najmniej drażni mnie PO. Gotów byłbym co prawda oddać mój głos na PO ale... Nie byłem do tego do końca przekonany. Kiedy patrzyłem jak notowania PO lecą w dół za sprawą znikającego z pokoju dziecinnego pluszowego słonia nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że politycy PO to amatorzy, którzy nie potrafią przygotować i prowadzić kampanii wyborczej. Dostali kopa w jaja a zamiast wstać i odwinąć napastnikowi w szczękę i to tak, żeby przez następny miesiąc szukał po podłodze swojego uzębienia oni usiedli i z płaczem wołali: „panie sędzi, faul!”. Być może gdyby skoncentrowali by się na przekonaniu mnie, że będą mniejszym złem to dostaliby mój głos. Zupełnie się jednak zgubili i o elektoracie, który reprezentuję wcale nie pomyśleli. Proszę więc nie mieć do mnie żadnych pretensji!. Mam prawo nie głosować i z tego prawa skorzystałem. Wygląda na to, że PO zupełnie nie wzięło sobie do serca tego co zrobił im pluszowy miś. W wyborach prezydenckich rolę misia przejął pan Kazimierz Marcinkiewicz i co zrobiło PO? Ano nic. Panie i panowie! Gdzie Wasze jaja???

Potrafię sobie jednak wyobrazić co mogłoby sprawić abym w dniu wyborów udał się do lokalu wyborczego już o 5.30 rano i grzecznie ustawił się w kolejce wyborców... Wystarczy abym mógł głosować na człowieka a nie na partię i dodatkowo abym mógł wybrać spośród tych parlamentarzystów którzy kończą swoją kadencję takich, którzy mi zupełnie nie odpowiadają a którym chciałbym dać czerwoną kartkę. Mam na myśli swoisty system wystawiania ocen, który polegałby na tym, że kiedy 500 tys. wyborców wystawi konkretnej osobie ocenę niedostateczną to wtedy taki ktoś zostanie pozbawiony możliwości pełnienia państwowych funkcji przez dekadę. Jeżeli 5 mln - dożywotnio, ponad 10 mln – taki ktoś powinien zostać pozbawiony polskiego obywatelstwa, całego majątku i odstawiony do granicy naszego kraju. Ręczę, że przy takim systemie byli premierzy, umoczeni po uszy w aferach łapówkarskich nie będą z szelmowskim uśmiechem komentować sondaży przedwyborczych. Po za tym, powinna istnieć możliwość odwołania posła. Jeżeli pan Jan Kowalski z okręgu wyborczego nr 111 uzyskał 12000 głosów to w przypadku, w którym 12001 osób z tego okręgu podpisze wniosek o jego odwołanie – powinien zostać odwołany. Być może różnica pomiędzy łobuzem a człowiekiem porządnym wynika właśnie z tego, że ten drugi jest świadomy odpowiedzialności za swoje czyny i swoje decyzje. Potrafi się także rozliczyć z powierzonej mu władzy a nie tylko deklarować, że "weźmiemy za to odpowiedzialność"...

To jeszcze jednak nie koniec wyborów. Przed nami wybory prezydenta. Tym razem odwiedzę komisję wyborczą i oddam swój głos. Z góry wykluczam desperatów, którzy mają prezydenckie ambicje i zupełny brak poparcia. Oddam swój głos przeciwko panu Lechowi Kaczyńskiemu nawet kosztem tego, że to oznacza głosowanie na pana Donalda Tuska. Trudno, wybieram mniejsze zło...

niedziela, 10 kwietnia 2005

Poland, Poland beyond all!

Polacy pożegnali Papieża Polaka Jana Pawła II. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie to, że przy okazji bardzo duża ilość ludzi wpadła w jakiś amok. Narodowa psychoza wywołana przez medialną szopkę. Za sprawą polskich mediów, które na okrągło nadawały kościelno-narodową papkę informacyjną w takim natężeniu, że nawet piszący te słowa popadł w chwilowe uwielbienie narodowe...

Zaczęło się od transmisji ze śmierci Papieża. Media zrobiły z tego widowisko, telewizyjny show. Co godzinne konferencje prasowe i specjalne wydania wiadomości, które sprowadzały się do pytania rzecznika prasowego Watykanu: „Czy umarł już?”. „Nie, jeszcze dycha” - odpowiadał rzecznik. I zaczął się obłęd. Odwoływano kolejne imprezy, przerywano trwające mecze piłkarskie, wypraszano gości z imprez weselnych. Wszystko dlatego, że media informowały o pogarszającym się stanie zdrowia. Następnego dnia, wieczorem Ojciec Święty umarł. Ogłoszono narodową żałobę. Wyrósł las narodowych flag, do których przywiązywano czarny kir. Kościoły pękały w szwach. Wielkie pochody ludzi trzymających w rękach zapalone znicze przemieszczały się ulicami polskich miast.

{mosimage}Społeczeństwo, w którym nie można rozwiązać problemu psich odchodów na chodnikach spontanicznie organizowało sobie plenerowe spotkania żałobne w których uczestniczyły setki tysięcy osób. Na miejscu tych spontanicznych spotkań w cudowny sposób pojawiła się pełna infrastruktura techniczna, dzięki której można było odprawiać medialne msze święte oraz oglądać na telebimach transmisje z pogrzebu w Watykanie. Wszystko to każdy Polak mógł oglądać w swoim telewizorze na dowolnym kanale.

Na fali ogólnonarodowej żałoby pod presją fanatycznego tłumu pojednali się kibice Cracovii z kibicami Wisły Kraków, prezydent Wałęsa podał rękę prezydentowi Kwaśniewskiemu a Tomasz Lis miał łzy w oczach – prawdziwy majsterszyk speców od make-upu telewizyjnego.

Dokładnie 11 lat temu w dalekiej Rwandzie w największej masowej masakrze XX wieku, na tle etnicznym pomiędzy plemionami Tutsi i Hutu zginęło około miliona ludzi. Gdzie wtedy były te wszystkie medialno-narodowe autorytety etyczne? Siedzieli cichutko w swoich norach mając głęboko w nosie te wydarzenia. Żadna ze stacji telewizyjnych nie raczyła nawet wspomnieć, że 7 kwietnia mija 11 rocznica tych wydarzeń. Narodowa medialna hipokryzja.

Na koniec pojawiła się też agresja. Kilku nadgorliwych żałobników, w prawdziwie „miłościwym” duchu, zaczęli mieć pretensje wobec tych, którzy mieli śmiałość zupełnie inaczej przeżyć te dni. Pozdrawiam wszystkich, którzy nie ulegli masowej psychozie.

Etykiety

ludzie (48) awantura (43) polityka (31) Oko Proroka (23) technikalia (11) spam (9) praca (7) prawo (7) Allegro (6) telefonia (6) aukcje (5) forum (5) Wrocław (4) Nauka (3) Racjonalizm (3) kino (3) Enterprise (2) NAPISY (2) Poczta (2) Star Trek (2) Star Wars (2) bank (2) kaczka (2) klub (2) komputer (2) sklep (2) Atlantis (1) Avatar (1) Cameron (1) FSM (1) POGF (1) SG1 (1) SGA (1) acer (1) crapware (1) film (1) inpost (1) jedzenie (1) laptop (1) netbook (1) piłka (1) software (1) sport (1) tybet (1) windows (1) www (1)